Pokazywanie postów oznaczonych etykietą posmakuj. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą posmakuj. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 czerwca 2013

Zadarła z nami Malta...

Spragnieni słońca i urlopu, kierunek majówki zabukowaliśmy sobie już w styczniu. Była to spontaniczna i entuzjastyczna reakcja na nowy kierunek, który tani przewoźnik (znany wszystkim pod kryptonimem Ryanair) zamierzał uruchomić w kwietniu - Zadar. Potem tak z nami Ryanair zadar(ł), że zostaliśmy z przewodnikiem po Chorwacji w ręku i anulowaną rezerwacją... Kierunek został zamknięty zanim jeszcze wystartował, a nam rozmyła się wizja słonecznej majówki. Na szczęście pojawiła się szansa przebukowania biletów i już przy drugiej próbie połączenia z infolinią ( jedynie 5zł za minute!!!) zmieniliśmy kierunek na najbardziej południowy z możliwych - Malta :)

W ten o to sposób, w lekko ponad 3 godziny przenieśliśmy się w sobotni poranek z deszczowego Wrocławia na skąpaną w słońcu wyspę o powierzchni mniejszej nawet niż moje ukochane miasto :) Trochę się martwiłam, że w ciągu tygodnia może nam zabraknąć atrakcji i zwyczajnie zaczniemy się nudzić, a to jak dla mnie dość obce zjawisko. Nie mniej jednak głównym założeniem było zregenerowanie życiodajnych bateryjek i tutaj mała słoneczna wysepka wydawała się być odpowiednim akumulatorem. Od razu uprzedzam, że Malta zbudza we mnie ambiwalentne uczucia, dlatego nie da się jej opisać w jednym poście. Zacznę jak prawdziwa Polka, tj. od narzekania :) Bo jednak zadarła z nami Malta... 



Relaks...tak, jeśli ktoś chce po prostu wypocząć, zalogować się w niedrogim hotelu z pełnym wyżywieniem w pakiecie to Malta jest dobrym pomysłem na urlop. Jeśli ktoś pragnie przyrumienić blade lica leżakując przy hotelowym basenie, zaliczyć niezbędne minimum atrakcji (jest ich kilka), a wieczorami (w zależności od wieku) pobujać się w angielskim pubie lub zaliczyć dancing przy muzyce na żywo w stylu "Elvis żyje", to tak... zdecydowanie Malta jest dla Was odpowiednim miejscem :) Jeśli ktoś preferuje takie właśnie "hotelowe" wakacje, a zwłaszcza ma w planach wypoczynek z dziećmi, to powinien się na Maltę wybrać. Ja, póki co, omijam biura podróży szerokim łukiem :) W miejsce komfortu, wybieram opcje niskobudżetową, a stołować się lubię razem z tubylcami, w małych barach. Przemieszczam się też raczej lokalną komunikacją, a już najchętniej na rowerze, zamiast wynajmować auto. Taki mam styl, to mnie bawi i tak właśnie staram się podróżować. Tym razem, mimo że wyjazd organizowaliśmy sobie jak zawsze na własną rękę, to wylądowaliśmy w typowo turystycznym, ogromnym kompleksie hotelowym. Dlaczego? Otóż cena noclegu była tak atrakcyjna, że grzechem byłoby z niej nie skorzystać i na siłę szukać dużo droższej opcji w prywatnej kwaterze (30zł od osoby za pokój dwuosobowy typu studio, z łazienką i aneksem kuchennym). 

*Dla zainteresowanych - hotel TBH w Bugibbie. UWAGA!!! rezerwując pokój przez internet może się okazać, że dostaniecie mała duszną klitkę bez klimatyzacji i sypiącym się tynkiem na głowę! Natomiast na miejscu, negocjując zmianę pokoju na recepcji, można w tej samej niskiej cenie dostać pokój 3 razy większy, z tarasem i widokiem na morze!!! Jak zdradzili nam stali bywalcy z Polski, okazuje się, że recepcja uzależnia klasę pokoju od pochodzenia gościa...przykładowo Polacy traktowani są jako wschodnia Europa, dlatego serwuje się gościom na starcie pokój w standardzie niższym niż np. gościom w Niemiec czy Anglii! I jest to niestety dość powszechna praktyka! Znajomy zdradził nam na to sposób, otóż rezerwuje noclegi logując się na angielską stronę pośrednika sprzedającego oferty noclegów na Malcie.

Tak oto wylądowaliśmy w hotelu...Zamierzaliśmy spędzać w nim możliwie minimalną ilość czasu, dlatego postanowiliśmy zostać i przetrwać :) A podstawą przetrwania jest posiłek, dobry posiłek, bo takiego oczekuje na wakacjach. Czegoż innego możnaby się spodziewać po małej wysepce na Morzu Śródziemnym, jak tylko i wyłącznie kuchni obfitującej w owoce morza (czyli to, co tygryski lubią najbardziej ;)). Sama tylko myśl o świeżych krewetkach pobudziła moje ślinianki, dlatego ruszyliśmy na łowy (czytaj:  targowisko!). Przykładem Hiszpanii i Portugalii targowisko jawiło się w naszej wyobraźni jako miejsce najlepiej zaopatrzone w morskie delicje. Tak zapewne by było, gdyby w Bugibbie istniało chociaż jedno targowisko... Ktoś ponoć, gdzieś ponoć słyszał, widział, że się zdarza, raz w tygodniu... Trudno, skoro targowisko nieobecne, to może chociaż plan B - sklep rybny. Popołudnie całe tracąc, znaleźliśmy jeden, nieduży, zaopatrzony głównie w mrożonki sklepik (skandal!). Z donośnym już burczeniem w brzuchu postanowiliśmy zastosować plan awaryjny - czyli pójść za tłumem. W ten oto sposób przed naszymi oczyma ukazała się cała alejka pełna barów z kebabem, pizzą i innym tego typu wybornym i bardzo pożywnym jedzeniem. Głód powoli mieszał nam w głowach, dlatego wybraliśmy pobliską restaurację, w której nie brakowało klienteli. Skuszeni makaronem, a raczej włoskim wyobrażeniem o tym jak makaron może smakować, zapełniliśmy żołądki, by już za chwile być gotowym na występ "el Vis a" (nie mylić w "tym" Elvisem). Poczułam się jak w Ciechocinku...

Jeśli w związku z tym, że Malta leży tuż nieopodal Włoch, komuś z Was wydaję się, że to taka mała Italia, to muszę Was pozbawić złudzeń. Ani kawa, ani makaron, ani nawet pizza... nie mają z włoskimi oryginałami nic wspólnego! Przyznaję, nie przygotowałam się do wyjazdu, nie przeczytałam ani słowa w żadnym  przewodniku, a moja ignorancja w tej kwestii będzie dla mnie dobrą nauczką na przyszłość. Ciebie Drogi czytelniku uprzejmie informuję, że Malta była brytyjską kolonią i jeszcze w siedemdziesiątych latach pozostawała pod silnym wpływem Jej Królewskiej Mości. Dlatego łatwiej tu trafić na angielską herbatkę, "english breakfast" i pub serwujący jaja w majonezie niż dobrą rybkę. Nasze żołądki uratowała poznana przypadkowo para Polaków  (pozdrowienia dla Darka i Martyny), która odkryła przed nami mała smażalnię ryb, gdzie owszem, przeważnie w grubej panierce i z frytkami, ale można było zjeść świeżą rybkę. Menu, jak widać :) Ceny przystępne. Przetestowaliśmy miecznika w sosie maltańskim (dobre!) i mix owoców morza (ok, poza mrożoną krewetką). I już bylibyśmy odnaleźli swoją kulinarną przystań, gdyby następnego dnia nie zaserwowano nam ostro przesolonych małży i miecznika połowę mniejszej objętości.






Za namową nowo poznanych Polaków wybraliśmy się też do portu Marsaxllok. Urocze miejsce na krótki spacer i smaczny posiłek (jak nas zapewniali), ale w sezonie. Cóż, dla Maltańczyków majówka jest jeszcze poza sezonem, do 8 maja obowiązuje nawet "zimowy" rozkład jazdy autobusów. Zbladłam, kiedy kelnerka w porcie zaserwowała mi małże (wątpliwej świeżości) bez sosu (a to właśnie sos z małży lubię najbardziej!) za to z frytkami i ketchupem.



Zapewne, Drogi Czytelniku masz mnie teraz za rozkapryszoną panienkę z wybujałym podniebieniem...ale, jak głosi tytuł tego bloga, ja zwyczajnie poznaję i rejestruję nowe miejsca wszystkimi zmysłami, w tym najmocniej smakiem. Pod tym względem niestety strasznie się Maltą rozczarowałam :( Kuchnia śródziemnomorska kojarzy mi się ze smacznym, lekkim i powolnym celebrowaniem posiłków. Kuchnia maltańska niestety jawi mi się jako ciężka, tłusta i przesolona. Możesz się ze mną nie zgadzać, Drogi Czytelniku, możesz się oburzyć, ale naprawdę chciałabym wierzyć, że to tylko kwestia niefartu w doborze lokali oraz fakt, że odwiedziłam Matlę poza sezonem. Będę bardzo wdzięczna za wskazanie miejsc, z dobrym jedzeniem, które umknęły mojej uwadze. Wtedy być może zdecyduję się wrócić tam w sezonie. Póki co, pewien niesmak pozostał... 

Ciąg dalszy maltańskich przygód nastąpi wkrótce... Gwarantuje pozytywne spojrzenie na tą małą wysepkę :)


**Na koniec oddaje prawo autorskie tytułu posta mojemu Geniowi :) Bliski sercu memu Genio niejednokrotnie myśli moje wlot uchwyciwszy w słowa je przekuwa i z wrodzoną sobie inteligencją i polotem w opary absurdu i błyskotliwego żartu przyobleka. Chapeau bas dla Genia :*
Genio

sobota, 22 czerwca 2013

Cytrynowy Paryż


Ciąg skojarzeniowy jaki powstaje w mojej głowie w związku z określonym zapachem czy smakiem jest dla mnie zawsze intrygującą zagadką...Dziś zapach świeżo upieczonej tarty cytrynowej zaprowadził moje myśli do Paryża. Dlaczego tam? Ponieważ po raz pierwszy moje kubki smakowe zapoznały się z tym rarytasem właśnie w stolicy Francji :) Niepozorna ciastkarnia u podnóża Montmatre, gdzie ekspedientka przywitała nas ciepłym " Dzen dobri"  (pochodziła ze Słowacji), oferowała cała gamę kuszących słodkości. Mnie przypadła do gustu cytrynowa tarteletka.



Lekka w smaku, słodko-kwaśna, orzeźwiająca - jak dla mnie? strzał w dziesiątkę! Przepis bez problemu znajdziecie w sieci :) Przyznam szczerze, że ku mojemu zdziwieniu, smakowała mi nawet wyborniej niż wersja czekoladowa, a przyjęło się już, że to właśnie czekolada najskuteczniej stymuluje wydzielanie endorfin (przynajmniej w moim przypadku :) )

Nie było to pierwsze spotkanie z cytrynowym aromatem. Spacerując w niedzielne popołudnie w okolicach Luwru trafiłyśmy wiedzione smakowitym zapachem do małego baru. Serwował dania gotowe, ale ale... jeśli ktoś ma teraz w głowie obraz taniego fast foodu to nic bardziej mylnego. Mały bar pozwalał na dowolne komponowanie zestawów obiadowych na miejscu lub na wynos w niewygórowanej cenie (przykładowo zestaw z marchewkowo-imbirowym kremem, bogato wyposażoną sałatką z ciecierzycą, tuńczykiem i kolendrą, oraz deserem kosztował ok 9-10 Euro). Pogoda dopisywała dlatego rozgościłyśmy się na trawce by delektować się posiłkiem, a zwłaszcza deserem. Było czym! Proste, lekkie i pyszne zwieńczenie posiłku, na bazie zbożowym ciastek z kremem mascarpone o smaku cytrynowym. Rewelacja!




Pałaszowałyśmy słodkości, gdy tuż obok rozgrywały się mini regaty. W oczku wodnym, kilkuletni chłopcy z zacięciem ścigali się żaglówkami, które wprawiane były w ruch za pomocą... zwykłych patyków. Jakież było moje zaskoczenie! Czyli jednak można, tak? Bez telefonu, tabletu, czy komputera? Łódeczki pozbawione systemu sterowania, ani nawet jakiejkolwiek baterii, a mimo to widać było zaciętą rywalizację i przednią przy tym wszystkim zabawę. Aż sama chciałam spróbować.




Trzecie spotkanie w cytrynowym aromatem odbyło się całkiem niespodziewanie. Miało miejsce w uroczym starym bistro gdzieś przy Saint Germain des Prés ( jedno z miejsc które znalazłam, gubiąc się kompletnie … ale o tym pisałam w „Paryskim wehikule czasu'). Zamówiłam na deser kompozycje zwaną Cafe Gourmand złożoną z espesso oraz 3 mini wersji francuskich przysmaków. Skład tego zestawu może się zmieniać w zależności od fantazji kucharza, w moim znalazły się: Crème brûlée * (śmietanowo-waniliowy krem z karmelizowanym cukrem), mini porcja gateau au chocolat fondant (mocno czekoladowe ciasto z rozpływającym się czekoladowym wnętrzem) oraz kawałeczek ciasta cytrynowego. Idealne zestawienie dla takiego łakomczucha jak ja ( innymi słowy „ to jest to, co tygryski lubią najbardziej” ;))

Cafe gourmand

Przed wyjazdem miałam tylko i wyłącznie filmowe wyobrażenie o Paryżu. Teraz stolica Francji jest dla mnie jak tarta cytrynowa: smakowita, lekka i orzeźwiająca :)



sobota, 23 marca 2013

O, ja pierniczę!

Nie potrzeba wiele, by miło spędzić niedzielę! 
Tym częstochowskim rymem zaproszę Was do małej egzotycznej podróży po ojczystym Toruniu. Tak, egzotycznej, bo czasem to nie miejsce, a towarzystwo, gwarantuję dobrą zabawę i niecodzienne doznania :) Poza tym coś co dla nas wydaję się swojskim krajobrazem, dla gościa z dalekiego Meksyku będzie czymś zupełnie wyjątkowym, a nam samym pozwoli spojrzeć na znajome kąty z innej perspektywy. A taki to właśnie wyjątkowy gość, zamieszkujący na stałe strefę zwrotnikową, postanowił odwiedzić swoich przyjaciół w Polsce zimą. Szaleniec? Skąd! Miguel Angel Leon Govea, zwyczajny marzyciel, który chciał poczuć coś, co w jego kraju się nie zdarza - zimno, przenikliwe, niejednokrotnie mrożące krew w żyłach zimno. W tym roku i śniegiem i ujemnymi temperaturami mógł się upajać do woli. Jednym z przystanków na jego "tour de polonia" był mój ulubiony Toruń.

Toruń ulubiony, bo i smakowity :) Łasuch ze mnie straszny, dlatego nie mogłam sobie odmówić wizyty w Żywym Muzeum Piernika. Przeważnie omijam muzea szerokim łukiem, ale tutaj naprawdę warto zajrzeć :) Żywiołowo i z żartem przedstawia się gościom wiedzę na temat historii toruńskiego piernika. Ale teoria to nie wszystko! Najważniejsza jest praktyka, dlatego trzeba zakasać rękawy i umorusać się mąką, aby opuścić muzeum z unikatowym trofeum w postaci własnoręcznie wykonanego piernika.


Ogromny murowany piec przywodzi na myśl bajkę o Jasiu, Małgosi i piernikowej chatce. Na szczęście w naszej grupie nie było żadnej potwornej Baby Jagi, a jedyne czarne charaktery jakie wylądowały w piecu zrobiono z piernika :) Po wizycie w aromatycznym muzeum, nasze ślinianki były już solidnie podrażnione, dlatego zapolowaliśmy na "małe co nieco". Moi przyjaciele, zasiedleni w Toruniu, zaprowadzili nas do pierogarni Stary Młyn, gdzie okazało się, ze domowy pieróg może zaskoczyć!
REWELACYJNE PIECUCHY!!! Czyli ogromne pieczone pierogi, bogato nadziane (czymkolwiek tylko zechcesz), które przywodzą na myśl hiszpańskie empanadas. Moim skromnym zdaniem, piecuchy smakują o klasę lepiej niż ich hiszpańskie odpowiedniki ...


A na deser, nie inaczej, jak tylko pierogi na słodko, z kruchego ciasta i nadzieniem piernikowym. O, ja pierniczę, jakie dobre!


Po obfitej uczcie przyszła pora, aby sprawdzić, czy w tej podróży Miguel się nie zapomniał, nie zgrzeszył łakomstwem czy też niewiernością, wobec swojej ukochanej, która czekała na niego w Colimie...

Niezawodnym na to sposobem jest "test" Krzywej Wieży. Próba niewinności polega na niełatwej sztuce utrzymania równowagi pod pochyłym murem, stając z przypartymi doń plecami i piętami ... ufff.....



Po zwycięskiej próbie poczuł się jak prawdziwy rycerz! I był to dobry wstęp przed dłuższym spacerkiem w kierunku ruin zamku, gdzie nie jedna cegła pamięta jeszcze Krzyżaków (mnie osobiście słowo Krzyżak źle się kojarzy, nie przez wzgląd na historie, ale raczej arachnologiczne znaczenie...nie znoszę pająków!).


Dzień w Toruniu szybko się skończył, i choć jest to niewielka miejscowość, warto tu przyjechać i wrócić, i wracać wielokrotnie jeszcze by gubić się wśród uliczek, po których spacerował sam Kopernik...
Miejsce swoim romantycznym klimatem sprzyja poetom, a Miguel Govea do nich należy :) Czekam więc na literackie owoce jego podróży po Polsce. Hasta la vista Miguel!

niedziela, 17 marca 2013

jak obrazić Francuza?


Czego by nie mówić o Francji, w superlatywach czy też wręcz przeciwnie, w jednej kwestii można być zgodnym - dostarcza win światowej klasy. Dumni mieszkańcy Szampanii gotowi są bronić honoru swoich szlachetnych trunków, do ostatniej kropli... kropli wina oczywiście ;) Merytoryczna polemika w tej dziedzinie skazana jest z góry na porażkę. Pomijam w tym względzie nawet zupełnie marginalną kwestię, jaką jest moja uboga znajomość francuskiego, ograniczona do kilku grzecznościowych zwrotów, którymi zapewne i tak kaleczę ten śpiewny język. Swoją drogą, jest wysoce prawdopodobne, że nawet próba porozumienia w języku angielskim zakończyłaby się fiaskiem, lecz tym razem nie z mojej winy :) Kto by tam się uczył języka angielskiego, kiedy jego własny jest tak dźwięczny?

Jak zatem obrazić Francuza? I to niewerbalnie?

Sposób jest bardzo prosty. Należy zainstalować się na obozowisku czy campingu, pośrodku gęsto porośniętęgo winoroślą  pola, następnie w godzinach wieczornych podejść do właściciela posesji z butelką hiszpańskiego wina prosząc na migi o korkociąg :) Obraza murowana! Zwłaszcza, gdy akcja rozgrywać się będzie w porze kolacji, którą właściciel spożywać będzie z grupą przyjaciół. Efekt będzie piorunujący! :)

Pogodnego usposobienia osobnik (bohater tej anegdoty), w opisanych powyżej okolicznościach przyrody "strzelił" klasycznego "focha". Zaparł się, skrzyżował ręce, wybałuszył oczy na widok hiszpańskiej etykiety i dał mi do zrozumienia, że ani myśli użyczać korkociągu, ani w ogóle otwierać butelki. Zatrzepotałam rzęsami,  zaserwowałam perlisty uśmiech numer 5, zrobiłam minkę a la "kot ze Shreka"... nic nie pomogło. Wtem obrażony Francuz obrócił się na pięcie, odszedł na chwilę, po czym wrócił dzierżąc w dłoni schłodzoną butelkę z aromatyczną zawartością :D Poczęstował mnie delikatnym winem własnej produkcji, pochodzącym z wygrzanych w południowym słońcu Saint Tropez winogron, które otaczały miejsce noclegowe... Podniebienie było uradowane i to nawet bardzo :)

Jak widać, czasem warto Francuza obrazić ... ;)

wtorek, 12 marca 2013

bez maczety nie podchodź!

Proszę Państwa, przedstawiam meksykańską masakrę maczetą ręczną. Dozwolone od/do lat 18 :)


Mam nadzieję, że nie uraziłam tym okrutnym obrazem wrażliwych czytelników. Zapewniam wegan, że owoc ten spadł z drzewa samodzielnie i stracił czucie, oraz wszystkie życiodajne soki przed oskalpowaniem! 

Czy tylko we mnie słowo "maczeta" budzi krwawe skojarzenia?

Do kokosa bez maczety nie podchodź! Inaczej będziesz musiał/a obejść się smakiem :) Orzeźwiające mleczko kokosowe (aqua de coco) sączone przez słomkę prosto z serca gruboskórnego orzecha, to świetny pomysł na odrobinę ochłody w upalny dzień. Choć przyznaje, że wyobrażałam sobie ten smak jako słodszy i delikatniejszy. Bohater filmu, na przydrożnym stoisku, "oprawia" kokosy w zawrotnym tempie (2zł/sztuka). Brakuję tam tylko sceny wieńczącej dzieło. Kawałki kokosa lądują w plastikowej torebce i już w tym punkcie programu każde europejskie podniebienie byłoby usatysfakcjonowane. Niestety, podkusiło mnie, by spróbować kokosa po meksykańsku...z chili, solą i limonką :/ Moi towarzysze z tym samym zestawem przypraw konsumowali także melona i papaję :/ 

niedziela, 10 marca 2013

savoir vivre przy makorańskim stole

Kuchnia marokańska rozpieszcza kubki smakowe szerokim wachlarzem rozmaitych przypraw oraz zaskakującymi kompozycjami smakowymi. Przykładem może być moja ulubiona pastila maroqui, spory placek z ciasta francuskiego nadziewany drobiem (a najlepiej gołębiem!) z cebulą, papryką, szafranem, imbirem, cukrem,cynamonem, migdałami etc... Zaskakująco pyszna! Czy też słynny tajin, danie z glinianego "kominka" który może w sobie kryć dosłownie wszystko, np. warzywa, cieciorkę i duszoną cebulę z rodzynkami i cynamonem...mmmm....

pastila maroqui, Fez, Maroko
tajin, Maroko
Nieodzownym elementem każdego posiłku jest miętowa, bardzo słodka herbata, przyrządzana ze świeżo zerwanych listków. Napar ma błogosławiony wpływ na układ trawienny, a także, co ważne, działanie antyseptyczne. Nie ma się co czarować, warunki higieniczne panujące na zapleczach restauracji czy ulicznych barów odbiegają dalece od ogólnie przyjętej u nas normy. Rodzimy Sanepid miałby ręce pełne roboty :) Aby uniknąć trawiennych rewolucji polecam herbatkę oraz inne, domowe sposoby dezynfekcji układu pokarmowego...



Przejdźmy do savoir vivre :) O ile w restauracjach, zwłaszcza tych dla turystów, komplet sztućców pojawi się na stole, o tyle w skromnym, marokańskim domu, próżno szukać widelca. Prośba o podanie pełnego nakrycia wprowadzi gościnnych gospodarzy w zakłopotanie, a tego byśmy nie chcieli...
Za obrus służą kawałki gazety, a niby-łyżkę udaję kawałek chleba. Trzeba nie lada zręczności by w ten sposób nasycić żołądek. Spróbujcie sami zjeść ciepły posiłek jedną ręką :)


A konkurencja przy wspólnej misce jest duża. Obowiązuje prawo dżungli :)

PS. Zapomniałam wspomnieć o kluczowej kwestii... posiłek należy jeść PRAWĄ ręką. Druga przeznaczona jest do mniej chwalebnych czynności. I co ja biedna leworęczna miałam zrobić...



piątek, 22 lutego 2013

co w trawie piszczy...to można zjeść :)

Meksykańska gościnność ma dwa oblicza. Z jednej strony Meksykanin nigdy Ci nie odmówi, słowo "nie" wręcz nie przystoi (inna sprawa, że w większości przypadków obietnicy nie dotrzyma), z drugiej strony odmowę proponowanego poczęstunku czy gościny może uznać za obrazę. 
I tak właśnie wpakowałam w tarapaty moje podniebienie... Po przetestowaniu małego baru w San Cristobal de las Casas, gdzie nie dość, że tanio, to jeszcze smacznie i dużo zjeść można, wracałam do niego kilka dni z rzędu. Sympatyczni właściciele okazali się kolekcjonerami monet, dlatego dorzuciłam im kilka polskich groszy :) Chcąc się odwdzięczyć za wspaniały podarunek, poczęstowali mnie porcją towaru z górnej półki - chapulines oaxaqueños...

chapulines - smażone koniki polne
By pozostać z nimi w dobrej komitywie, nie pozostało mi nic innego jak zamknąć oczy, pomyśleć o paprykowych chipsach i przełknąć super bogate w białko, cynk, magnez i witaminy A,B,C, ... koniki polne...


Siła autosugestii jest ogromna, bo ku mojemu zdziwieniu smakowały całkiem dobrze :) Lekkie, chrupiące, dobrze przyprawione mieszanką chili,limonki i soli. Mimo to, myślę że wielu z Was mogłoby sobie darować to kulinarne doświadczenie... Nie tylko ze względu na aspekty estetyczne ( te małe konikowe nóżki strasznie wchodzą w zęby), ale i przez wzgląd na cenę sięgającą 200 $ za kilogram!

środa, 20 lutego 2013

Alvaro herbu Zielona Pietruszka i jego wino z pomarańczy


Nie wiadomo jaką rolę odegrał Bartolini Bartłomiej w historii rodu tytułowego Alvaro, i czy w ogóle odegrał jakąkolwiek... Jedna rzecz na pewno ich łączy, zamiłowanie do kulinariów :)
Alvaro Peregil (hiszpperejil - pietruszka) to mikroskopijnej wielkości bar w Sewilii, który serwuje unikatowy rarytas dla smakoszy winnych trunków :) Wino z pomarańczy!



Gdyby dodać do tego fakt, że pomarańcze jak i samo wino powstaje w regionie Manzanillo ( hiszp. manzanilla - rumianek) to tworzy się interesująca mikstura (do)słowna : "wino z rumianku w zielonej pietruszce o smaku pomarańczy" :D Myślę, że tak właśnie zabrzmiałoby tłumaczenie z translatora popularnej wyszukiwarki :)

Alvaro Peregil znajduje się w pobliżu katedry, pod adresem Mateos Gago 20, jest to ulica biegnąca od Giraldy , przez duży plac, lekko pod górę. Tuż obok, znajduję się także mała tawerna Alvaro Peregil, gdzie można coś przekąsić, ale to właśnie wino z pomarańczy przyciąga tłumy :) Popularności tego trunku pozazdrościły inne bary w Sewilli, co spowodowała zwiększoną dystrybucję wina i jego dostępność. Gwarantuję jednak, że u Alvaro smakuje najlepiej :)

Napój jest słodki, lekki, i wręcz rozpływający się w ustach. Czym więc różni się od pomarańczowego likieru? Otóż likier powstaję z bardzo mocnego alkoholu w którym zanurza się owoce. Wino natomiast powstaję w procesie fermentacji wygrzanych w południowym słońcu pomarańczy.

PS. Spacerując po ulicach wielu miast w południowej Hiszpanii możecie trafić na pomarańcze rosnące na ulicach. Przestroga dla łakomczuchów! Mimo pięknego kolorytu i aromatu są okrutnie kwaśne! 



sobota, 16 lutego 2013

... a kraby same wskakują na talerze!

Połasiłam się wczoraj na krewetki. Najprostsze, najlepsze, duszone z czosnkiem i białym winem :) Szeroko reklamowane w jednym z dyskontów spożywczych jako "świeże", w rzeczywistości były ugotowane i to raczej parę dni wcześniej. Dałam się zmanipulować reklamie :/

O tym jak wielka jest różnicą między "świeżymi" i naprawdę świeżymi owocami morza przekonałam się w Portugalii. Siedząc sobie na murku jednego z zabytkowych mostów w Tavirze, chłonąc promienie wrześniowego słońca, zauważyłam pana, który wyposażony w małe plastikowe wiaderko wszedł do rzeki. Chwilę później był już pod mostem, gdzie gołymi rękami łowił ... kraby! Koszulka z napisem staff i sprawność z jaką zbierał małe czarne skorupiaki świadczy o tym, iż najpewniej owoce jego pracy miały nasycić żołądki klienteli jednej z nadbrzeżnych restauracji. 


W rannych godzinach, przy odrobinie szczęścia ryby same wskakiwałyby na talerze. Niemożliwe? Ależ tak! Wszystko przez czarodziejską moc księżyca! O ile wieczorem poziom wody w rzece sięgał drugiego stopnia schodów (zdjęcie), o tyle o poranku ta konstrukcja wyglądała jak zawieszona w próżni.
Tym samym wszystkie morskie stworzenia, którym się przysnęło w rzece, o wschodzie słońca budziły się w kałuży zamiast w oceanie:)



Zapewne dobrze znacie z lekcji geografii zjawisko przypływów i odpływów, ale czy ktoś z Was doceniał jego kulinarny aspekt??? 
Jedno jest pewne, nawet na niskobudżetowych wakacjach, na portugalskim wybrzeżu nikomu głód doskwierać nie będzie :)

środa, 13 lutego 2013

Meksyk bez tequili?

- Po czym poznać turystę w Meksyku?
- Po tym, że tequilę zagryza solą i limonką :) 

Lokal widoczny na zdjęciu zna się na marketingu i wie jak zachęcić "gringo" ;) 
(tłum: "gdy wszystko idzie źle - mezcal, gdy dobrze - także")

Tulum, Meksyk
Nie spotkałam tubylca pijącego tequilę w ten sposób. A sam mezcal (tequila z tłustym robaczkiem w środku) jest przez moich znajomych sytuowany na dużo niższej pozycji niż tequila. Marketing robi swoje :) 

Brak popularności tego ciężkiego trunku w czystej postaci nie dziwi, zwłaszcza latem, gdy temperatura na wybrzeżu oscyluje w granicach 40 C. Bardziej przystępna forma podania to np. przypominający słodki likier ponche. Słynna mikstura z miasteczka Comala bazuje na mezcalu, wodzie, cukrze i owocowym lub orzechowym wkładzie. Serwowane z dużą ilością lodu, może posłużyć jako przyjemny drink wieczorową porą.

Comala, w regionie Colima, na wschodnim wybrzeżu, słynna jest z jeszcze jednego powodu. Legendarny bar Don Comalon, gdzie można nie tylko dobrze zjeść za niewielkie pieniądze, ale też spróbować autorskiego sposobu serwowania margherity...nie wstrząśnięta ani nie zmieszana przed podaniem... zobaczcie sami...



Ze smutkiem przyznaje, że tej atrakcji nie udało mi się zaliczyć. Cóż, zawsze jest pretekst by do Colimy wrócić :)


*alhohol szkodzi zdrowiu; 
żadna z treści zawartych w tym poście nie ma na celu propagowania spożywania alkoholu, a jedynie opisuje zwyczaje panujące w danym kraju


wtorek, 5 lutego 2013

to co tygryski lubią najbardziej...


Tak, jestem łasuchem! Łasuchem obżartuchem! i jest to nieuleczalne... Blog miał być o podróżach a jak dotąd czytelniku, tematy krążą tylko wokół jedzenia... Nic na to nie poradzę :) Większość miejsc, które szczególnie zapadły mi w pamięć, kojarzę ze smakami, zapachami i kolorami. Zwłaszcza z tymi słodkimi :) które idealnie komponują się z małą czarną ...

Przedstawiam moją małą listę przebojów!

1) Pasteis de Belem (znane też jako pasteis de nata) - najsłynniejsze portugalskie ciasteczko. Wygląda niewinnie, ale jest obłędne! Delikatna babeczka na francuskim cieście wypełniona po brzegi śmietanowym kremem z nutką cytryny i cynamonu ...mhmmm... Najlepsze w najstarszej kawiarence w Lizbonie, w pobliżu Torre de Belem ma nawet swoją stronę internetową http://www.pasteisdebelem.pt/es.html

pasteis de Belem
2) Tarta de Santiago - powiedzieć, że to migdałowe ciasto, to za mało...aromatyczne, delikatne, rozpływające się w ustach migdałowe arcydzieło! Galicyjski przysmak regionalny z Santiago de Compostella (Hiszpania). Nic tak nie regeneruje sił strudzonego pielgrzyma jak solidna porcja tej tarty :) To kolejny argument by przemierzyć szlak Św.Jakuba :)
Tarta migdałowa z Santiago de Compostella
3) Marlenka - czeski wynalazek, przypomina rodzimego miodowca, palce lizać! Poznałam, posmakowałam i pokochałam to cudeńko w Jańskich Łaźniach, w klimatycznej restauracji Sansoucii (polecam! :)) Ale ponoć w Polsce w niektórych restauracjach też można ją znaleźć, albo i nawet zamówić sobie z dostawą do domu.
http://marlenka.pl/


Marlenka

Listę przebojów zamykają ciasto marchewkowe, tradycyjny sernik i tort bezowy, ale te cudeńka potrafię sama wyczarować ;)


sobota, 2 lutego 2013

mała czarna z dodatkami

Na chandrę, na popsute auto, na zapalenie oskrzeli, ale i na leniwy sobotni poranek, na rozkoszne wstawania obojętnie którą nogą... mam jedną receptę... mała czarna :) Wytrawnym znawcą tematu nie jestem, ale zapach aromatycznej kawy z mojej małej kawiarki świszczącej na gazie jest dla mnie gwarancją udanego dnia :) Chyba już nawet nie o sam smak chodzi, ale o pełną, niespieszną celebrację tego rytuału... Ręczne mielenie ziaren, parzenie, a potem jeszcze tylko moja mała filiżaneczka (skarb wyszperany na targu staroci w Brukseli) i kilka kropel Bayleis'a...

filiżanka:)
Ten patent sprzedała mi właścicielka tego słonecznego uśmiechu :)
Do zestawu "pełni szczęścia" brakuje jeszcze tylko cynamonowa bułeczka albo rogalik z marmoladą i obowiązkowo Sara Tavares! Posłuchajcie sami  http://www.youtube.com/watch?v=1C9mWN8vKHQ.
(Gorąco polecam jej koncerty! Dziewczyna jest niesamowicie charyzmatyczna :))

W każdym nowym miejscu, które odwiedzam, lubię najzwyczajniej w świecie przysiąść sobie z filiżanką kawy przy małym stoliku w kawiarence i obserwować ludzi. Kultura picia kawy też wygląda rozmaicie. 
W Portugalii czy Hiszpanii kawiarni jest kilka na każdej ulicy. Na małe espresso przy barze wpada się przed pracą, po pracy, w czasie pracy, z gazetą lub bez. I można sobie na to pozwolić skoro mała czarna kosztuje mniej niż 1 Euro! Większość z tych kawiarenek wygląda bardzo podobnie, bez blichtru, przepychu, skromnie urządzone wnętrza i proste,metalowe lub drewniane krzesełka. A i tak każdy tubylec na swoje ulubione miejsce. Na kawę do Hiszpanii zaprasza nas N.O.H.A http://www.youtube.com/watch?v=CXO8xS9M8uk . Przekaz ten piosenki jest prosty, ale chwytliwy, i mnie się to podoba: " kiedy pijesz swoją kawę, to tylko z trzcinowym cukrem... i tylko w Hiszpanii" :)

Ciągle nie mogę pojąć, dlaczego u nas ten napój w kawiarniach ma najwyższe ceny w Europie...czy chodzi tylko o VAT??? 

kawiarnia w Walencji

Santiago de Compostella

PS. Zdecydowanie najlepszą kawę jaką do tej pory miałam okazje posmakować wypiłam na ... lotnisku :) W Bolonii :) Cappuccino bez goryczki i z wprost niebiańską pianką. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że czas najwyższy by w czasie jednej z kolejnej podróży posmakować Dolce Vita! Lotniska potrafią nas zaskakiwać, ale o tym później ...



sobota, 26 stycznia 2013

kakao

Kakao powstaje z ... ziaren kakaowca :) ale na próżno szukać miejsc w Meksyku, gdzie jeszcze stosuję się tradycyjną ręczną metodę mielenia ziaren :( może Wy takie znacie? W jednej z małych fabryk w Oaxace, sympatyczny pan zapewniał mnie, że takich miejsc już nie ma... Ale może chciał mnie tylko zachęcić do zakupów?? Zobaczcie sami jak tam przygotowuję się bazę do kakaowego napoju ...

A gdyby ktoś się jednak pokusił, i chciał zrobić to sam w domu - przepis podaję poniżej, wedle gustu :)


* azucar - cukier
* canela - cynamon
* almendra - migdały 
* onza - uncja... powiedzmy, że garść :)

PS. Ceny na zdjęciu są w meksykańskich peso, a nie w dolarach! 
 Ja sama dałam się na to złapać, myśląc że $ odnosi się tylko i wyłącznie do amerykańskiej waluty. Na szczęście dla naszej kieszeni, peso $ jest jakieś 10-12 razy tańsze niż dolar $ :)


piątek, 18 stycznia 2013

czekolada...

...nie jedno ma imię :) Ale wszyscy czekoladoholicy są zgodni co do tego, że nic tak nie poprawia nastroju w  pochmurny dzień, jak odrobina tej słodyczy :) Tym wszystkim, którzy nie wyobrażają sobie dnia bez kosteczki czekolady, polecam choćby weekendowy wypad do Brukseli.



brukselskie pralinki
 Nie jest to najtańsza impreza, ale w każdym sklepiku, można sobie pozwolić na małą darmową degustację :) A takich czekoladowych kramów jest ogromna ilość :):)
Gdyby tego było mało, można jeszcze odwiedzić Muzeum Czekolady...

Muzeum Czekolady, Bruksela