Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malta. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 lipca 2013

O Malto boska!


Mellieha, Malta


Uprzednio obiecałam ciąg dalszy maltańskich opowieści. Tym razem poznacie i zobaczycie Maltę przez pryzmat tego co ładne, miłe czy wręcz boskie! Malta to malutki, acz najbardziej katolicki kraj Europy. Wejścia wielu domów zdobią figurki Świętej Rodziny lub samego Św. Józefa wmurowane w ścianę. Święta katolickie są tutaj obchodzone z wielką pompą. Ale nie tylko to nadaje Malcie boskości... 





... bo jeśli z boskością kojarzyć niebo, a z niebem kolor nieb-ieski, to idąc tym tropem można uznać Maltę ta iście niebiańską wyspę ;) Takiego odcienia błękitu nie spotkałam nigdzie indziej!

kolor maltański

Francuzi mają swoje Lazurowe Wybrzeże, a Maltańczycy mają morze w odcieniu maltańskim. Unikatowe podłoże mineralne powoduje, że krystalicznie czysta woda ma wręcz fluorescencyjnie niebieski odcień. Widać to dobrze zwłaszcza w przyciemnionych grotach, których wzdłuż skalistego wybrzeża jest pod dostatkiem. Klifowe wybrzeże warte jest tego, by pozwolić sobie na dłuższy spacer czy małą przejażdżkę łódką. Polecam obie opcje :)

Gozo, Malta

Niebieska grota (Blue Grotto) na Malcie, czy groty w pobliżu "niebieskiego okna" na Gozo (Azure Window) nie zrobią na nas wrażenia, jeśli nie skusimy się na komercyjną usługę „dla turystów” w postaci krótkiej wycieczki łódką z przewodnikiem. Podróż kosztuje kilka euro i trwa dość krótko (15-20 minut), co pozostawia uczucie niedosytu. Warto się jednak skusić z dwóch jeszcze powodów: po pierwsze, w ciemnej grocie woda morska wręcz „świeci” na niebiesko, po drugie, świetnie widać fluoryzujące w ciemności meduzy!

Gozo, Malta


Azure Window, Gozo, Malta





* Informacje praktyczne: Przejazd z Bugibby do Blue Grotto na Malcie zajmuje ok. 1,5 h, a samo zwiedzanie miejsca ok. 30min, dlatego warto potraktować to miejsce jako przystanek w drodze do kolejnej atrakcji, niż jako cel sam w sobie, bo możecie się troszkę rozczarować ilością straconego na podróż czasu. Warto pamiętać też o tym, że autobusy są bardzo niepunktualne i pojawiają się w Blue Grotto raz na godzinę (z tego względu przy krótszym pobycie można rozważyć skorzystanie z opcji busów turystycznych – Sightseeing Malta). Pobliskie świątynie, czy też raczej kilka kamiennych bloków, które po nich pozostało, radzę sobie podarować.



Boski wątek maltański nie obędzie się beż ujęcia z urokliwej zatoki przy wyspie Comino... jak wszystkie atrakcje na Malcie, ta również ma przedrostek „niebieski” - Blue Lagoon. Miłośnikom błogiego wypoczynku w krystalicznie czystej wodzie na pewno usatysfakcjonuje. Zaznaczam „w” wodzie, a nie na plaży, gdyż takowej tam nie ma. Jest kilka półek skalnych i sporo kamieni, więc lepiej zaopatrzyć się w dmuchany materac i swobodnie dryfować przy brzegu. Wyobrażam sobie, że w sezonie może być problem z miejscem, do którego można by ten materac wcisnąć, ale w maju na kąpiel w orzeźwiająco chłodnej zatoce nie było wielu chętnych :) 

Comino, Malta

Gozo, Malta

Gozo, Malta



Na deser kilka z maltańskich "piaszczystych" plaż do zobaczenia (Mellieha Bay, Paradise Bay, Golden Bay, Ghajn Tuffieha). Miłego oglądania :) 




Paradise Bay, Malta

Ghajn Tuffieha, Malta

  * klasycznie podziękowania dla Genia, który obrazy w film i fotografię zmienia :*


niedziela, 30 czerwca 2013

Zadarła z nami Malta...

Spragnieni słońca i urlopu, kierunek majówki zabukowaliśmy sobie już w styczniu. Była to spontaniczna i entuzjastyczna reakcja na nowy kierunek, który tani przewoźnik (znany wszystkim pod kryptonimem Ryanair) zamierzał uruchomić w kwietniu - Zadar. Potem tak z nami Ryanair zadar(ł), że zostaliśmy z przewodnikiem po Chorwacji w ręku i anulowaną rezerwacją... Kierunek został zamknięty zanim jeszcze wystartował, a nam rozmyła się wizja słonecznej majówki. Na szczęście pojawiła się szansa przebukowania biletów i już przy drugiej próbie połączenia z infolinią ( jedynie 5zł za minute!!!) zmieniliśmy kierunek na najbardziej południowy z możliwych - Malta :)

W ten o to sposób, w lekko ponad 3 godziny przenieśliśmy się w sobotni poranek z deszczowego Wrocławia na skąpaną w słońcu wyspę o powierzchni mniejszej nawet niż moje ukochane miasto :) Trochę się martwiłam, że w ciągu tygodnia może nam zabraknąć atrakcji i zwyczajnie zaczniemy się nudzić, a to jak dla mnie dość obce zjawisko. Nie mniej jednak głównym założeniem było zregenerowanie życiodajnych bateryjek i tutaj mała słoneczna wysepka wydawała się być odpowiednim akumulatorem. Od razu uprzedzam, że Malta zbudza we mnie ambiwalentne uczucia, dlatego nie da się jej opisać w jednym poście. Zacznę jak prawdziwa Polka, tj. od narzekania :) Bo jednak zadarła z nami Malta... 



Relaks...tak, jeśli ktoś chce po prostu wypocząć, zalogować się w niedrogim hotelu z pełnym wyżywieniem w pakiecie to Malta jest dobrym pomysłem na urlop. Jeśli ktoś pragnie przyrumienić blade lica leżakując przy hotelowym basenie, zaliczyć niezbędne minimum atrakcji (jest ich kilka), a wieczorami (w zależności od wieku) pobujać się w angielskim pubie lub zaliczyć dancing przy muzyce na żywo w stylu "Elvis żyje", to tak... zdecydowanie Malta jest dla Was odpowiednim miejscem :) Jeśli ktoś preferuje takie właśnie "hotelowe" wakacje, a zwłaszcza ma w planach wypoczynek z dziećmi, to powinien się na Maltę wybrać. Ja, póki co, omijam biura podróży szerokim łukiem :) W miejsce komfortu, wybieram opcje niskobudżetową, a stołować się lubię razem z tubylcami, w małych barach. Przemieszczam się też raczej lokalną komunikacją, a już najchętniej na rowerze, zamiast wynajmować auto. Taki mam styl, to mnie bawi i tak właśnie staram się podróżować. Tym razem, mimo że wyjazd organizowaliśmy sobie jak zawsze na własną rękę, to wylądowaliśmy w typowo turystycznym, ogromnym kompleksie hotelowym. Dlaczego? Otóż cena noclegu była tak atrakcyjna, że grzechem byłoby z niej nie skorzystać i na siłę szukać dużo droższej opcji w prywatnej kwaterze (30zł od osoby za pokój dwuosobowy typu studio, z łazienką i aneksem kuchennym). 

*Dla zainteresowanych - hotel TBH w Bugibbie. UWAGA!!! rezerwując pokój przez internet może się okazać, że dostaniecie mała duszną klitkę bez klimatyzacji i sypiącym się tynkiem na głowę! Natomiast na miejscu, negocjując zmianę pokoju na recepcji, można w tej samej niskiej cenie dostać pokój 3 razy większy, z tarasem i widokiem na morze!!! Jak zdradzili nam stali bywalcy z Polski, okazuje się, że recepcja uzależnia klasę pokoju od pochodzenia gościa...przykładowo Polacy traktowani są jako wschodnia Europa, dlatego serwuje się gościom na starcie pokój w standardzie niższym niż np. gościom w Niemiec czy Anglii! I jest to niestety dość powszechna praktyka! Znajomy zdradził nam na to sposób, otóż rezerwuje noclegi logując się na angielską stronę pośrednika sprzedającego oferty noclegów na Malcie.

Tak oto wylądowaliśmy w hotelu...Zamierzaliśmy spędzać w nim możliwie minimalną ilość czasu, dlatego postanowiliśmy zostać i przetrwać :) A podstawą przetrwania jest posiłek, dobry posiłek, bo takiego oczekuje na wakacjach. Czegoż innego możnaby się spodziewać po małej wysepce na Morzu Śródziemnym, jak tylko i wyłącznie kuchni obfitującej w owoce morza (czyli to, co tygryski lubią najbardziej ;)). Sama tylko myśl o świeżych krewetkach pobudziła moje ślinianki, dlatego ruszyliśmy na łowy (czytaj:  targowisko!). Przykładem Hiszpanii i Portugalii targowisko jawiło się w naszej wyobraźni jako miejsce najlepiej zaopatrzone w morskie delicje. Tak zapewne by było, gdyby w Bugibbie istniało chociaż jedno targowisko... Ktoś ponoć, gdzieś ponoć słyszał, widział, że się zdarza, raz w tygodniu... Trudno, skoro targowisko nieobecne, to może chociaż plan B - sklep rybny. Popołudnie całe tracąc, znaleźliśmy jeden, nieduży, zaopatrzony głównie w mrożonki sklepik (skandal!). Z donośnym już burczeniem w brzuchu postanowiliśmy zastosować plan awaryjny - czyli pójść za tłumem. W ten oto sposób przed naszymi oczyma ukazała się cała alejka pełna barów z kebabem, pizzą i innym tego typu wybornym i bardzo pożywnym jedzeniem. Głód powoli mieszał nam w głowach, dlatego wybraliśmy pobliską restaurację, w której nie brakowało klienteli. Skuszeni makaronem, a raczej włoskim wyobrażeniem o tym jak makaron może smakować, zapełniliśmy żołądki, by już za chwile być gotowym na występ "el Vis a" (nie mylić w "tym" Elvisem). Poczułam się jak w Ciechocinku...

Jeśli w związku z tym, że Malta leży tuż nieopodal Włoch, komuś z Was wydaję się, że to taka mała Italia, to muszę Was pozbawić złudzeń. Ani kawa, ani makaron, ani nawet pizza... nie mają z włoskimi oryginałami nic wspólnego! Przyznaję, nie przygotowałam się do wyjazdu, nie przeczytałam ani słowa w żadnym  przewodniku, a moja ignorancja w tej kwestii będzie dla mnie dobrą nauczką na przyszłość. Ciebie Drogi czytelniku uprzejmie informuję, że Malta była brytyjską kolonią i jeszcze w siedemdziesiątych latach pozostawała pod silnym wpływem Jej Królewskiej Mości. Dlatego łatwiej tu trafić na angielską herbatkę, "english breakfast" i pub serwujący jaja w majonezie niż dobrą rybkę. Nasze żołądki uratowała poznana przypadkowo para Polaków  (pozdrowienia dla Darka i Martyny), która odkryła przed nami mała smażalnię ryb, gdzie owszem, przeważnie w grubej panierce i z frytkami, ale można było zjeść świeżą rybkę. Menu, jak widać :) Ceny przystępne. Przetestowaliśmy miecznika w sosie maltańskim (dobre!) i mix owoców morza (ok, poza mrożoną krewetką). I już bylibyśmy odnaleźli swoją kulinarną przystań, gdyby następnego dnia nie zaserwowano nam ostro przesolonych małży i miecznika połowę mniejszej objętości.






Za namową nowo poznanych Polaków wybraliśmy się też do portu Marsaxllok. Urocze miejsce na krótki spacer i smaczny posiłek (jak nas zapewniali), ale w sezonie. Cóż, dla Maltańczyków majówka jest jeszcze poza sezonem, do 8 maja obowiązuje nawet "zimowy" rozkład jazdy autobusów. Zbladłam, kiedy kelnerka w porcie zaserwowała mi małże (wątpliwej świeżości) bez sosu (a to właśnie sos z małży lubię najbardziej!) za to z frytkami i ketchupem.



Zapewne, Drogi Czytelniku masz mnie teraz za rozkapryszoną panienkę z wybujałym podniebieniem...ale, jak głosi tytuł tego bloga, ja zwyczajnie poznaję i rejestruję nowe miejsca wszystkimi zmysłami, w tym najmocniej smakiem. Pod tym względem niestety strasznie się Maltą rozczarowałam :( Kuchnia śródziemnomorska kojarzy mi się ze smacznym, lekkim i powolnym celebrowaniem posiłków. Kuchnia maltańska niestety jawi mi się jako ciężka, tłusta i przesolona. Możesz się ze mną nie zgadzać, Drogi Czytelniku, możesz się oburzyć, ale naprawdę chciałabym wierzyć, że to tylko kwestia niefartu w doborze lokali oraz fakt, że odwiedziłam Matlę poza sezonem. Będę bardzo wdzięczna za wskazanie miejsc, z dobrym jedzeniem, które umknęły mojej uwadze. Wtedy być może zdecyduję się wrócić tam w sezonie. Póki co, pewien niesmak pozostał... 

Ciąg dalszy maltańskich przygód nastąpi wkrótce... Gwarantuje pozytywne spojrzenie na tą małą wysepkę :)


**Na koniec oddaje prawo autorskie tytułu posta mojemu Geniowi :) Bliski sercu memu Genio niejednokrotnie myśli moje wlot uchwyciwszy w słowa je przekuwa i z wrodzoną sobie inteligencją i polotem w opary absurdu i błyskotliwego żartu przyobleka. Chapeau bas dla Genia :*
Genio