Połasiłam się wczoraj na krewetki. Najprostsze, najlepsze, duszone z czosnkiem i białym winem :) Szeroko reklamowane w jednym z dyskontów spożywczych jako "świeże", w rzeczywistości były ugotowane i to raczej parę dni wcześniej. Dałam się zmanipulować reklamie :/
O tym jak wielka jest różnicą między "świeżymi" i naprawdę świeżymi owocami morza przekonałam się w Portugalii. Siedząc sobie na murku jednego z zabytkowych mostów w Tavirze, chłonąc promienie wrześniowego słońca, zauważyłam pana, który wyposażony w małe plastikowe wiaderko wszedł do rzeki. Chwilę później był już pod mostem, gdzie gołymi rękami łowił ... kraby! Koszulka z napisem staff i sprawność z jaką zbierał małe czarne skorupiaki świadczy o tym, iż najpewniej owoce jego pracy miały nasycić żołądki klienteli jednej z nadbrzeżnych restauracji.
W rannych godzinach, przy odrobinie szczęścia ryby same wskakiwałyby na talerze. Niemożliwe? Ależ tak! Wszystko przez czarodziejską moc księżyca! O ile wieczorem poziom wody w rzece sięgał drugiego stopnia schodów (zdjęcie), o tyle o poranku ta konstrukcja wyglądała jak zawieszona w próżni.
Tym samym wszystkie morskie stworzenia, którym się przysnęło w rzece, o wschodzie słońca budziły się w kałuży zamiast w oceanie:)
Zapewne dobrze znacie z lekcji geografii zjawisko przypływów i odpływów, ale czy ktoś z Was doceniał jego kulinarny aspekt???
Jedno jest pewne, nawet na niskobudżetowych wakacjach, na portugalskim wybrzeżu nikomu głód doskwierać nie będzie :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz