Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paryż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paryż. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 czerwca 2013

Cytrynowy Paryż


Ciąg skojarzeniowy jaki powstaje w mojej głowie w związku z określonym zapachem czy smakiem jest dla mnie zawsze intrygującą zagadką...Dziś zapach świeżo upieczonej tarty cytrynowej zaprowadził moje myśli do Paryża. Dlaczego tam? Ponieważ po raz pierwszy moje kubki smakowe zapoznały się z tym rarytasem właśnie w stolicy Francji :) Niepozorna ciastkarnia u podnóża Montmatre, gdzie ekspedientka przywitała nas ciepłym " Dzen dobri"  (pochodziła ze Słowacji), oferowała cała gamę kuszących słodkości. Mnie przypadła do gustu cytrynowa tarteletka.



Lekka w smaku, słodko-kwaśna, orzeźwiająca - jak dla mnie? strzał w dziesiątkę! Przepis bez problemu znajdziecie w sieci :) Przyznam szczerze, że ku mojemu zdziwieniu, smakowała mi nawet wyborniej niż wersja czekoladowa, a przyjęło się już, że to właśnie czekolada najskuteczniej stymuluje wydzielanie endorfin (przynajmniej w moim przypadku :) )

Nie było to pierwsze spotkanie z cytrynowym aromatem. Spacerując w niedzielne popołudnie w okolicach Luwru trafiłyśmy wiedzione smakowitym zapachem do małego baru. Serwował dania gotowe, ale ale... jeśli ktoś ma teraz w głowie obraz taniego fast foodu to nic bardziej mylnego. Mały bar pozwalał na dowolne komponowanie zestawów obiadowych na miejscu lub na wynos w niewygórowanej cenie (przykładowo zestaw z marchewkowo-imbirowym kremem, bogato wyposażoną sałatką z ciecierzycą, tuńczykiem i kolendrą, oraz deserem kosztował ok 9-10 Euro). Pogoda dopisywała dlatego rozgościłyśmy się na trawce by delektować się posiłkiem, a zwłaszcza deserem. Było czym! Proste, lekkie i pyszne zwieńczenie posiłku, na bazie zbożowym ciastek z kremem mascarpone o smaku cytrynowym. Rewelacja!




Pałaszowałyśmy słodkości, gdy tuż obok rozgrywały się mini regaty. W oczku wodnym, kilkuletni chłopcy z zacięciem ścigali się żaglówkami, które wprawiane były w ruch za pomocą... zwykłych patyków. Jakież było moje zaskoczenie! Czyli jednak można, tak? Bez telefonu, tabletu, czy komputera? Łódeczki pozbawione systemu sterowania, ani nawet jakiejkolwiek baterii, a mimo to widać było zaciętą rywalizację i przednią przy tym wszystkim zabawę. Aż sama chciałam spróbować.




Trzecie spotkanie w cytrynowym aromatem odbyło się całkiem niespodziewanie. Miało miejsce w uroczym starym bistro gdzieś przy Saint Germain des Prés ( jedno z miejsc które znalazłam, gubiąc się kompletnie … ale o tym pisałam w „Paryskim wehikule czasu'). Zamówiłam na deser kompozycje zwaną Cafe Gourmand złożoną z espesso oraz 3 mini wersji francuskich przysmaków. Skład tego zestawu może się zmieniać w zależności od fantazji kucharza, w moim znalazły się: Crème brûlée * (śmietanowo-waniliowy krem z karmelizowanym cukrem), mini porcja gateau au chocolat fondant (mocno czekoladowe ciasto z rozpływającym się czekoladowym wnętrzem) oraz kawałeczek ciasta cytrynowego. Idealne zestawienie dla takiego łakomczucha jak ja ( innymi słowy „ to jest to, co tygryski lubią najbardziej” ;))

Cafe gourmand

Przed wyjazdem miałam tylko i wyłącznie filmowe wyobrażenie o Paryżu. Teraz stolica Francji jest dla mnie jak tarta cytrynowa: smakowita, lekka i orzeźwiająca :)



czwartek, 16 maja 2013

Paryski wehikuł czasu

To miał być wieczór panieński... a skończyło się na "panieńskiej" podróży w czasie i przestrzeni...



Ale zacznijmy od początku...

Na podróż namówiła mnie koleżanka z wojska. Prawdę mówiąc nieszczególnie musiała mnie przekonywać... Film "Kobiety z 6 piętra" plasuje się w czołówce mojej top listy, "Amelie" złapała mnie za serce, a Woody Allen sprawił, że zauroczyłam się zupełnie muzyką i miejscem oczekując jedynie na sposobny moment by móc osobiście poczuć magię tego miasta "o północy". Nawiasem proponuje nastroić się do lektury : maestro, muzyka!

Propozycja kwietniowego wyjazdu wydawała się tym bardziej atrakcyjna, ponieważ koleżanka przez swoje znajomości zapewniła nam nocleg i gościnę w pobliżu centrum. Mhmm... zapomniała tylko wspomnieć o małym szczególe...Otóż pod swój dach miała nas przygarnąć była ambasadorowa Francji!!! Stremowałam się strasznie na samą myśl, ale jak się okazało zupełnie nie potrzebnie :) Pani Katarzyna, ciepła i serdeczna persona poza wiktem i opierunkiem zapewniła nam swoją osobą również wyborne towarzystwo. Przy lampce wina raczyła nas przezabawnymi historyjkami ze swoich podróży i salonowych spotkań (materiału z tych anegdot wystarczyłoby na niejedną książkę). Magnetyczna osobowość! Zapałałam do niej wyjątkową sympatią również przez wzgląd na wspólny mianownik jakim w naszym przypadku jest umiłowanie Meksyku :) Ah, i przyrządza wyborne "chili con carne"!Na marginesie wspomnę, że podczas pierwszej kolacji przy stole posługiwała się biegle zaledwie czterema z dziesięciu języków które zna... tak...można się nabawić kompleksów...Z nami po polsku, z synową po hiszpańsku, a z wnuczką zamiennie po angielsku i francusku...

Wizyta w jej domu była niesamowitą przygodą. Do mieszkania w ponad 200-letniej kamienicy prowadziła, niczym wehikuł czasu, dobrze zachowana, stylowa, choć lekko klaustrofobiczna winda. W salonie znalazłyśmy się pod czujnym okiem znamienitych członków rodu, którzy to spoglądali na nas z okazałych portretów. Stanowili odpowiednią kompanię dla dumnie prezentującego się pośrodku zegara z czasów Ludwika (bodajże XVI). Gdzieniegdzie na ozdobnej chińskiej komodzie rozstawione były pamiątki z precyzyjnie ociosanej kości słoniowej czy przywiezione z Meksyku maski i bóstwa... Jednym zdaniem, każdy detal mógłby nam opowiedzieć swoją unikatową historię. Lokując się w takim miejscu, na zwiedzanie muzeów nie miałam już najmniejszej ochoty (a i czasu było nie wiele...szczerze mówiąc, po raz kolejny przyznaję, że muzea nigdy nie zajmowały wysokiej pozycji na mojej liście podróżniczych priorytetów). Późnym wieczorem, w salonie spowitym ciszą, można było poczuć niemal fizyczną obecność duchów (to, jaki wpływ na mój stan percepcji miały obecne tam bądź i nieobecne zjawy, a jaki spożyte uprzednio wino, pozostawiam ocenie czytelnika ;)).

Wróćmy do Paryża, który jeszcze nie raz zapewni nam podróż w czasie...

W słoneczne niedzielne przedpołudnie ruszyłyśmy na dluuugi spacer. Kierunek wyznaczyła oczywiście wieża Eiffla. Imponująca żelazna konstrukcja, ale żeby zaraz tracić kilka godzin w olbrzymiej kolejce turystów oczekujących na wjazd windą?


Wjazd bądź wspinaczkę po schodach..."no, jest wiele możliwości...bardzo wiele... różnych możliwości " (cytat z filmu: "Dziewczyny do wzięcia") ;)



  eee... siedząc na ławeczce wśród żonkili wieża prezentuje się wystarczająco dobrze :)


Pierwszego dnia, jak szalone (zupełnie nie w moim stylu) biegałyśmy z jednego miejsca do drugiego, chcąc "zaliczyć" wszystkie charakterystyczne paryskie konstrukcje. Błąd! Zrozumiałyśmy to, kiedy spacerując po parku Tuileries obserwowałyśmy tłumy rozłożonych na ławkach i krzesłach paryżan, z twarzami wystawionymi do słońca... i ...postanowiłyśmy się do nich przyłączyć :) 

Tego dnia, monumentalny Paryż nieco mnie przytłoczył. To przepiękne, niemal nienaruszone "zębem czasu" miejsce, a jednak miałam poczucie, że to nadal ogromna i dość głośna (zwłaszcza przy głównych alejach) metropolia. Pomyślałam wtedy, że osobiście preferowałabym miasta pokroju Wrocławia...ale... kiedy wieczorem zrobiło się nagle dużo spokojniej, spacerując wśród licznych barów i kawiarenek, zasiadając z butelką wina i camembertem pod migoczącą niczym choinka wieżą, poczułam, że to jednak przyjemne miejsce do życia. A najlepsze było dopiero przed nami.



Następnego dnia wybrałyśmy się do dzielnicy Montmartre, gdzie z uporem maniaka poszukiwałam kadrów z filmu Woody'ego Allena ("O północy w Paryżu"). Paradoksalnie, dopiero kiedy zgubiłyśmy się kompletnie wśród wąskich uliczek, udało nam się znaleźć miejsca, w których spokojnie mogłabym oczekiwać na kolejny wehikuł czasu, który przeniósłby nas w szalone lata dwudzieste...



Na głównym placu Place du Tertre , który przypominał trochę malarski jarmark odpustowy, można było spotkać artystów różnej klasy, gotowych za kilkanaście euro uszczęśliwić turystów portretem lub karykaturą! I to w przeciągu kwadransa! Ma się ten fach w ręku! Mnie osobiście wśród tej artystycznej świty najbardziej do gustu przypadły ich beretki :)





Klucząc wśród krętych uliczek dotarłyśmy również do placu Pigalle (nie, nie znalazłyśmy tam najlepszych kasztanów, ani nawet żadnych) oraz do słynnego Moule Rouge (o biletach na spektakl nie było co marzyć). Z nutką rozczarowania znów na chybił trafił wybrałyśmy sobie mała kawiarenkę, aby chwilę odpocząć... Wnętrze wydało nam się dziwnie znajome... znów sprawdziło się powiedzenie : NIE "szukajcie, a znajdziecie"! Trafiłyśmy całkiem przypadkiem do miejsca pracy filmowej Amelie.



Po tym przyjemnym i pełnym niespodzianek dniu, wybrałyśmy się jeszcze na wieczorny spacer, by nagle od tak, skręcając raz w lewo, raz w prawo, i po raz kolejny gubiąc orientację, trafić do przepięknego bistro z roku 1900 (nie pytajcie mnie, gdzie to było... nie mam pojęcia ani jak tam trafiłyśmy, ani jak stamtąd wróciłyśmy). I tu w klimacie belle epoque żegnając się już powoli z Paryżem chłonęłyśmy atmosferę miasta...

I tylko na chwilę przed pożegnaniem przychodzi chwila refleksji... Paryż miał w czasie niemieckiej okupacji swojego komendanta, zakochanego w mieście komendanta (Dietrich von Choltitz), który nie pozwolił aby miasto, zgodnie z planem Hitlera, spłonęło...Jakby dziś wyglądała nasza stolica, gdyby jej w 1944 roku nie zrównano z ziemią???Czy spacer do Warszawie byłby równie ekscytującą podróżą w czasie???


PS. Szczególne podziękowania dla Ani, Lili, Elizy i oczywiście dla wspomnianej pani Katarzyny, bez których ta podróż nie była taka sama :)

.